Jeśli ktokolwiek myślał, że szkolny teatr to tylko nudne recytowanie wierszy, to Wyspiańska Grupa Teatralna właśnie wyprowadziła wszystkich z błędu. W lutym 2026 roku (dokładnie w weekend 20–22 lutego) sala gimnastyczna I LO w Kętach zamieniła się w mroczny, surrealistyczny szpital psychiatryczny. Młodzi artyści wzięli na warsztat „Wariata i zakonnicę” Witkacego i stworzyli przedstawienie pod tytułem „Wszyscy jesteśmy wariatami”.
Sztuka opowiada o poecie Walpurgu (granym przez Jakuba Obozę), który zostaje zamknięty w izolatce nr 20. Uznany za niebezpiecznego szaleńca (dementia praecox), w ramach psychologicznego eksperymentu otrzymuje duchową opiekunkę – siostrę Annę (Igę Poźniak). Wtedy między tą dwójką zaczyna się niebezpieczna gra, w której granica między miłością a obłędem całkowicie się zaciera.
Już przed samym wejściem na salę widzowie wiedzieli, że czeka ich coś niezwykłego. Nad drzwiami widniał złowrogi napis: 20, DEMENTIA PRAECOX, który od razu wprowadzał w klimat choroby i izolacji. Od pierwszej chwili po przekroczeniu progu przestrzeń ta (która na te kilka wieczorów kompletnie przestała przypominać obiekt szkolny) pozwalała poczuć się jak w mrocznym szpitalu psychiatrycznym. Centralnym punktem było zawieszone metalowe łóżko i prosty drewniany stół. Całość idealnie oddawała obraz więzienia, w którym znajduje się główny bohater – nie tylko tego fizycznego, ale przede wszystkim psychicznego.
To, co podczas tych dni było najważniejsze, to gra aktorów, którzy spisali się genialnie! Tutaj nikt nie „udawał” – wszyscy po prostu stali się swoimi postaciami.
Jakub Oboza jako Walpurg wykazał się ogromnym talentem aktorskim. Kiedy siedział na metalowym łóżku, wyglądał jak zamknięte w klatce zwierzę, które w każdej chwili może skoczyć lekarzom do gardła. Z jednej strony widać było u niego totalny obłęd i agresję, a z drugiej – poetycką wrażliwość. Jakub świetnie to pokazał. Widownia z podziwem i humorem obserwowała też jego sprawność: aktor, uwięziony w kaftanie bezpieczeństwa, potrafił z niebywałą zręcznością drapać się stopą po brodzie.
Rola Igi Poźniak to precyzyjny zapis wewnętrznej przemiany. Aktorka przekonująco przeprowadziła swoją postać od chłodnej, zdyscyplinowanej zakonnicy do kobiety targanej skrajnymi namiętnościami. Jej przejście z roli opanowanej opiekunki w stronę osoby ulegającej postępującemu obłędowi zostało oddane z dużą wiarygodnością. Kontrast między jej nieskazitelnym białym habitem a mroczną scenerią szpitala podkreślał tragizm tej przemiany, która ostatecznie doprowadziła bohaterkę do emocjonalnego wyzwolenia lub całkowitego upadku.
Postaci lekarzy, grane przez Katarzynę Kusak, Patryka Zontka oraz rola profesora Wacława Fronta, stanowiły fundament grozy i groteski. Reżyserzy, Wacław Front i Antoni Hawieńczyk, zrezygnowali z tradycyjnego wizerunku medyka-wybawcy na rzecz postaci budzących lęk. Kluczowym zabiegiem była tu charakteryzacja: trupioblade twarze oraz głęboko podkrążone oczy nadawały aktorom niemal dehumanizujący, upiorny wygląd.
Niezwykłym zabiegiem była interakcja lekarzy z widownią na początku spektaklu. Zanim akcja skoncentrowała się na głównym bohaterze, personel medyczny wkroczył między rzędy, przeprowadzając improwizowane badania na widzach. Zadawanie pytań o stan zdrowia, sprawdzanie odruchów czy uważne notowanie spostrzeżeń na temat publiczności sprawiło, że granica między sceną a widownią uległa całkowitemu zatarciu. Widz przestał być bezpiecznym obserwatorem, a stał się potencjalnym pacjentem, co od razu narzuciło ton całej inscenizacji. W relacji z Walpurgiem lekarze wykazywali się skrajnym chłodem i mechanicznym podejściem. Ich obecność – z notesami i stetoskopami – nie niosła obietnicy powrotu do zdrowia, lecz była formą intelektualnej i fizycznej opresji.
Siostra Barbara, grana przez Emilię Kramarczyk, była uosobieniem bezwzględnej dyscypliny. Jako strażniczka sztywnego porządku, który Walpurg i Anna próbowali za wszelką cenę przełamać, wprowadzała do spektaklu mroczny element grozy. Jej emocjonalność eksplodowała pod koniec: kiedy Walpurg zabija lekarza (Patryka Zontka), a Barbara odkrywa romans pacjenta z Siostrą Anną, jej maska spokoju całkowicie pęka. Jej wybuch, krzyk i totalna wrogość skierowana w stronę Anny to był jeden z najbardziej wstrząsających momentów całego przedstawienia. W połączeniu z dusznym klimatem celi moment ten sprawił, że na widowni poczuliśmy autentyczny strach.
Fenomenalna była również sceniczna (i muzyczna jednocześnie) obecność gości specjalnych – Kornela Płonki, Michała Olearczyka i Wojciecha Fronta, którzy wcielili się w role Alfreda, Pafnucego i Muzyka. Ich pojawienie się na scenie wprowadziło nową energię i, co ważne, dodało do tej mrocznej historii dużo śmiechu. Dzięki nim spektakl zyskał elementy groteski i humoru, co pozwalało widzom na chwilę oddechu od niepokojącego nastroju całej sztuki. W ten sposób niezwykle ważną rolę odgrywała muzyka, częściowo wykonywana i improwizowana na żywo w zależności od sytuacji scenicznej, a wcześniej dopasowana przez reżyserów do sugestii kontrabasisty zespołu OneNess.
Dopełnieniem tej aktorskiej gry była profesjonalna oprawa techniczna. Dzięki ekipie LSoundTech (Kacper i Szymon Krystian) każdy szept, oddech, krzyk czy odgłosy walki były słyszalne tak wyraźnie, że widzowie czuli się, jakby sami byli zamknięci w tej izolatce.
Wyspiańska Grupa Teatralna pod wodzą Wacława Fronta i Antoniego Hawieńczyka stworzyła spektakl, który nie daje o sobie zapomnieć. To nie był tylko teatr – to było doświadczenie, które każdemu z nas kazało się zastanowić, gdzie kończy się normalność. Wyszliśmy ze spektaklu z jednym pytaniem w głowie: czy na pewno jesteśmy zdrowi, czy po prostu jeszcze nikt nas nie zbadał i wszyscy jesteśmy wariatami?
Michał Mrowiec, kl. 3d
Fotografie: Lucyna Reszka.





